Zastanawialiście się kiedyś, jak to się stało, że pojawiliście się na świecie? Ile losów, wydarzeń i ludzi musiało się spotkać, spleść, przeciąć niczym koleiny?

Mirosław Doleżych w swojej powieści przedstawia losy rodzin, które są pokręcone, trudne, ale jakże cudowne. Czytając „W koleinach czasu”, myślałam o swojej rodzinie, o tym, jak minęło mi ostatnich dwanaście burzliwych lat, by wreszcie na świecie mogła pojawić się moja córka. Myślałam też o księgach Edwarda Rutherfurda – też przedstawił losy całych pokoleń na tle wydarzeń historycznych i przemian poszczególnych miast. W „Koleinach czasu spotykamy podobny schemat”.

Zaczyna się niewinnie. Anna i Marek ruszają w podróż. Chłopak pyta ukochaną o jej korzenie. Odpowiada wymijająco, przyznaje, że jej babcia pochodzi z Bojków i urodziła się w Bieszczadach. To wystarczy, by móc zatopić się w opowieść o górach, Oksanie, Semenie i rodzinach, które wiele przeszły, by na świecie mogły pojawić się kolejne pokolenia. Miłość, wojna, wysyłanie na Sybir, przyjaźń oraz wielkie pasje i przekraczanie kolejnych granic – słowem – samo życie. Słodko-gorzkie dzieje zapisane na blisko pięciuset stronach.

„Nie, Iwanko, ja wciąż uważam się za Werchowyńca, Hyrniaka, chociaż polubiłem Choszczewo i czuję się tu u siebie. Mam teraz dwie ojczyzny. Ale tamta zawsze będzie pierwsza”.

Trudne początki, wciągająca historia

Na początku można się trochę pogubić. Imion i nazwisk jest całkiem sporo do zapamiętania. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że niektóre imiona, jak chociażby Oksana i Semen, powtarzają się w kolejnych pokoleniach. Szybko jednak można się wciągnąć w samą historię. To wspaniała podróż w czasie. Zaczynamy od czasów przedwojennych i wędrujemy z bohaterami przez kolejne dziesięciolecia, by dojść do nowego millenium. Trochę, jak w „Poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, trochę jak w życiu, nim się obejrzymy, mamy koniec historii. Ale wraz ze śmiercią, przychodzi nowe – nowe dzieci, potem ich dzieci i tak dalej, nieskończenie.

„Moja babcia ma na imię Oksana, jej babcia też była Oksana, taka tradycja. I dlatego ja mam na drugie Oksana”.

„Miała dwa lata, jak ich wypędzono z rodzinnej wsi i wywieziono w Olsztyńskie, do wsi Choszczewo nad jeziorem Jełmuń”.

Wojna, obóz, rozstania i powroty

„W koleinach czasu” mamy przedstawione nie tylko losy poszczególnych osób i rodzin, ale także z burzliwą historią, która ma na nich ogromny wpływ. Najpierw opuszczenie ukochanych Bieszczad. Po wsi Tworylne nie został nawet ślad, podobnie jak to miało miejsce z Wołyniem. Niszczono wszystko, by ludzie nie mieli do czego wracać. Wojna pierwsza i druga – wcielanie do wojska i ogromny dramat żołnierzy, trauma, o której nie da się zapomnieć. Do tego dochodzi internowanie, wysyłanie ludzi do obozów koncentracyjnych i na Sybir. Jednego z bohaterów posądzono, niesłusznie, o współpracę z UPA. Nie chciał się przyznać, bo oskarżenia nie miały w sobie ani odrobiny prawdy. Przez to przeżył niesamowicie straszne tortury, ale nie poddał się. Chociaż mamy do czynienia z okropieństwami, cierpieniem i straszliwymi przeżyciami, ludzie są w stanie odnaleźć w sobie niesamowitą siłę. Nawet będąc w obozie pracy, na końcu świata, myśli o rodzinie – ukochanej żonie i dzieciach, dodawały sił.

„W kwietniu został utworzony Centralny Obóz Pracy, jego częścią był obóz w Jaworznie. Kierowano do niego Ślązaków, którzy podpisali volkslistę, żołnierzy Armii Krajowej i innych walczących z reżimem, i ogólnie ludzi, których władze postanowiły resocjalizować w duchu komunizmu, a w czterdziestym siódmym roku utworzono podobóz, w którym więziono Ukraińców i Łemków”.

 

„Czasy teraz takie, że mogą cię wsadzić do więzienia pod byle pretekstem albo i bez pretekstu, za cokolwiek, albo i za nic. Wystarczy, że ktoś powie, że jesteś burżuj i wróg ludu”.

„(…) coraz więcej myślał o swojej rodzinie, zadawał sobie pytania: gdzie też mogą być, czy może też wygonili ich na Dolny Śląsk, czy wszyscy żyją, czy mają z czego żyć? Maria chyba chodzi do szkoły, a Oksana skończyła trzy lata i pewnie rządzi dziadkami”.

Rodzina jest najważniejsza

To, co mnie najbardziej uderzyło podczas lektury książki, to przywiązanie do rodziny. Nawet najbardziej burzliwe losy, nie zdołały rozdzielić ludzi, których łączyła bliska relacja. Były oczywiście rozstania dłuższe i krótsze, ale ostatecznie zawsze wracano do domu – jak w przypadku Oksany, która robiła wielką karierę naukową, mieszkała we Francji, wspinała się w Skandynawii, żyła pełnią życia – w końcu i tak odnalazła drogę do domu.

„Nasza wnuczka… I drugie nasze słoneczko, Semko. Dzieci i wnuki. Tyle po nas zostanie”.

Piękne Bieszczady

Nie można zapomnieć o jednym z ważniejszych motywów, jakie pojawiają się w powieści – Bieszczadach. Góry występują tutaj nie tylko jako piękne miejsce, w którym wszystko się zaczęło, ale mają także inne oblicze. Kilku bohaterów kocha wspinaczkę, nie tylko w Bieszczadach, ale także w Tatrach i górach za granicą Polski. Zachwycają się ich pięknem i magią. Góry to jednak nie tylko piękno, ale również ogromne zagrożenie. A czasami wielka tragedia.

Pozostają tylko wspomnienia

„W koleinach czasu” to książka, która skłania do refleksji, pochłania serce i umysł. Nie żałuję ani sekundy z nią spędzonej. Nie sądziłam, że aż tak mnie wciągnie. Mimo pokaźnych rozmiarów, powieść czyta się szybko i przyjemnie. Polecam lekturę i chwilę refleksji. Może to będzie też świetna zachęta, by odkryć historię swojej rodziny? Kto wie, wszystko może się zdarzyć, tak wiele jeszcze przed nami.

„W ostatniej chwili dobiegła do niego, dotknęła jego barków, odwrócił się do niej, zobaczyła jego szeroki uśmiech, wpadła w jego ramiona.
– Tak długo na ciebie czekałem – powiedział”.

Dodaj komentarz