Po trzydziestu latach łatwiej kogoś spotkać niż nazajutrz

„Portret młodej wenecjanki” Jerzego Pilcha to książka, która pochłania czytelnika całkowicie i bezwarunkowo. Jedni go uwielbiają, inni uważają, że udaje, jest pozerem, a jego język przepełniony jest sztucznością.

Ja go po prostu kocham.

W opowieści, której główną rolę odgrywa „sztuka rozpadu” i gdzieś tam w tle pojawia się portret młodej wenecjanki, znajdziemy Jerzego Pilcha w najlepszej formie. Cięty język, mnóstwo ironii, quasi-dziennik, nawiązania do literatury rosyjskiej (mojej ukochanej) i specyficzny humor. Za każdym razem, gdy czytam jego słowa, podziwiam pracę nad językiem. Wenecjankę przeczytałam jednym tchem. Co i Wam polecam. Główny bohater, niedoszły historyk sztuki, w pierwszych zdaniach powieści sam o sobie opowiada w taki sposób:

„Jeśli jestem w czymkolwiek biegły, to głównie w sztuce rozpadu. Miłość rzecz jasna mam na myśli i wszelkie jej klęski. Z miłością, a zwłaszcza z trwałością miłości nie bardzo sobie, mówiąc oględnie, radzę. Kilkadziesiąt związków – wszystkie w zgliszczach. Gdyby choć jedna historia ocalała. Nie byłbym sam, nie miałbym uprawnień do wszczynania procedur rozpadu, nie układałbym skarg – pozornych zresztą i obłudnych, w końcu rzecz w tym, że ja nie chcę wytrwałości.”

Książka porusza kilka najważniejszych tematów, z jakimi musimy mierzyć się w życiu. Miłość, ale nie oczywista. Śmierć. Nieuchronna. Samotność, której pragniemy i taka, która staje się nie do zniesienia. Narrator i główny bohater zarazem, opowiada nam o swoich związkach, chwali się podbojami, przygodami, ale gdzieś tam, nieśmiało pojawia się wspomnienie tej jedynej prawdziwej miłości. Nie chce być sam, ale nie potrafi być z kimś. Delektuje się samotnością, rozkoszuje się rozstaniami i niezwykłymi historiami miłosnymi. Nie pasuje do żadnej konwencji literackiej.

„Nawiasem: niesamotni? Wieluż ich? Mniej, znacznie mniej, niż się zdaje. Zawyżona liczba pochodzi z pozorów. Nie ma dotkliwszej samotności niż w niefortunnie wybranym związku, nie ma boleśniejszej samotności niż z kimś, kto miał być lekiem na samotność, a mnoży samotność.”

„Tęsknie, ale nie chcę, żeby cokolwiek wróciło. A nawet jakbym chciał, nie wróci. Poza tym, gdybyś wróciła, musiałbym zrezygnować z tego, co mam, a mam bezlik. Bezlik plus wzbogacającą duchowo gorycz naszego rozstania.”

„I jakby jeszcze tego było mało, wybranka jego serca okazała się kłótliwym upierdliwcem. To znaczy wciąż szukała okazji do dyskutowania. Potwornie go to irytowało. Podważała każdą jego myśl, miała swoje zdanie na każdy temat, a to jej zdanie było zawsze odmienne od jego zdania. Był to dla niego istny horror. Żeby się z tym chociaż kryła, ale ona odwrotnie, głośno mówiła, co myśli, jakby w oczekiwaniu na poważną i merytoryczną wymianę poglądów.”

Relacje z kobietami pełne są wrażeń, ale nie trwają długo. Dokłada wszelkich starań, by każda „ona” nie została na śniadanie. Jego związki można porównać do książek, które pieczołowicie układa w swojej biblioteczce. Zmienia miejsce, porządkuje, powraca do nich myślami. To spore zbiory, mnóstwo przygód. Kobieta jak przedmiot odkładany na półkę. Wciąż można na nią patrzeć i miło wspominać. Równie dobrze mógłby zamknąć ją w kartonie. Siedź tam sobie grzecznie moje wspomnienie. Kiedyś do ciebie wrócę, jak będę się nudził. Jednocześnie czasami narrator próbuje pokazać, że to on jest „ofiarą” w tych relacjach:

„Kobiety kochają mnie gwałtownie i jeszcze gwałtowniej przestają mnie kochać, są ze mną intensywnie i jeszcze intensywniej mnie zostawiają, szczegółowo planują nasze dożywotnie życie i nigdy z tych planów nie wynika ani jeden realny szczegół. Ochoczo wprowadzają się do mnie i jeszcze chętniej znikają bez śladu.”

„Duża różnica wieku, którą preferowałem, im pasowała tylko z początku. Jak w życiu – z początku pasuje wiele rzeczy, potem prawie nic.”

Pralina Pralinowicz to kobieta o trzydzieści lat młodsza od głównego bohatera, studentka psychologii. Związek burzliwy, oryginalny. Przypomina mu młodą wenecjankę, ale jak zwykle u Pilcha, nic nie jest oczywiste:

„Na pierwszy rzut oka w ogóle nie są do siebie podobne – w żadnym, ani w potocznym, ani w klasycznym, ani w jakimkolwiek innym sensie. Chyba, że pierwszy rzut oka będzie nadzwyczaj, powiedziałbym: epifanicznie, przenikliwy. Wtedy, ale tylko wtedy – tak.”

W Pilchu urzekają mnie też zawsze dialogi. Niemożność porozumienia się, a jednocześnie przełamywanie konwencji. Jak można nie zakochać się w takiej sprawności językowej?

„ – Co mam ci powiedzieć? Że szukam kogoś przed laty przelotnie widzianego?

– Przed laty? To było równo rok temu. Przez cały rok nie ruszyłeś się z miejsca! I nie wciskaj mi kitu, że mnie szukałeś!

– Przecież mówię, że nie wciskam kitu. Byłem pewien, że cię spotkam.

– Byłem pewien, że cię spotkam… Byłem pewien, że cię spotkam… To nie jest kit? Jak to nie jest kit, to co to jest?

– Kit, ale najwyższego sortu.

– Kit najwyższego sortu? Nagroda pocieszenia? Kit?

– Dla mnie spotkanie z tobą to nie jest ani nagroda pocieszenia, ani ekstrakt, ani jedno i drugie…

– No to może mi powiesz, co to jest?

– Nie mam zielonego pojęcia.

– Słabe, bardzo słabe. Niektórzy mówią, że po tobie, i zdają się mają rację. Rok ci był potrzebny? Po co? Nie próbuj odpowiadać. Ja wiem po co.

– Wiesz wszystko. Jak tak, to powinnaś wiedzieć, że rok temu – tak zresztą jak dziś – było za późno.”

Nigdy nie ma odpowiedniego momentu. Zawsze jest za późno na to, by bohaterowie stworzyli związek. Może wcale tego nie chcą? U Pilcha nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Jest samotność, strach i śmierć. Nie można zbyt wiele oczekiwać.

„Bałem się praktycznie każdej jej decyzji. Bałem się reakcji na moje pomysły. Zostanie na noc albo nie zostanie. Bałem się jednego i drugiego. Rozbierze się albo nie rozbierze. Rozbierze się tak, jakby się nie rozbierała. Zostanie tak, jakby nie zostawała. Będzie ze mną albo nie będzie.”

Wreszcie docieramy do rozdziału zatytułowanego „Kocham cię”. Przeczytać takie słowa u Pilcha – szok. Ale tylko przez ułamek sekundy. Przecież nie można bezgranicznie zaufać narratorowi, który i tak zwiedzie czytelnika. Wyprowadzi na manowce i zostawi z tym wszystkim. Radź sobie czytelniku po emocjonalnej dekonstrukcji.

„Przy okazji zapisałem dwadzieścia jeden najstraszliwszych odpowiedzi na – to prawda – nieco zrytualizowane, ale przecież dalej czułe: Kocham cię!”

Moje ulubione z tej listy: „Rozumiem, ale nie pomogę”, „Okej, będę pamiętała”, „No to coś z tym zrób… Ja wszystkiemu nie dam rady”. Jego kobiety ciągle gdzieś tam krążą. Podejmuje decyzje, których potem być może żałuje, ale już za późno. Machina ruszyła, konsekwencje się mnożą. Jak żyć? Jak żyć? Niestety każdy jest na to skazany:

„Historie takie zdarzają się rzadko – raz, dwa, góra trzy razy za życia, ale zdarzają się każdemu. Tak, każdemu! Każdemu? Każdemu! No, chyba że ktoś zupełną jest klęską, katastrofą i zapaścią. Ale i wtedy się zdarzają.”

„Po południu człowiek żałuje głupstw, które popełnił rano. Ale jak dożyć do południa?”

Gdy opowiada o kobiecie swojego życia, trudno w to wierzyć. A może jednak? Może rzeczywiście był zakochany, a wszystkie pozostałe „towarzyszki” miały być tylko rozrywką i lekiem na samotność? A czy ma to w ogóle jakieś znaczenie? To tylko sztuka rozpadu. Życie to sztuka rozpadu.

„… spotkałem kobietę życia, spotkałem kogoś, kto jest w pełnym znaczeniu tego słowa jedyny, i mam bardzo mało czasu, by nawiązać z nim kontakt (…) Ile mieliśmy sobie do powiedzenia! Żadne jednak słowo nie padło! Oboje wiedzieliśmy, że to ta chwila, ale niestety: nieśmiałość wygrała, co zrobić. Trzeba było wziąć ją za rękę! Trzeba było cokolwiek powiedzieć! Wysiąść razem z nią! O Boże! Przecież wiedziałeś, że choćby nie wiadomo co się zdarzyło – wasze drogi nigdy więcej się nie przetną! I teraz chcesz jej szukać? Po tylu latach?

Ja uważam, że po trzydziestu latach łatwiej kogoś spotkać niż nazajutrz. Ekspansywny idealizm, ale zobaczymy.”

Simple Business by Nimbus Themes
Powered by WordPress