Whisky z Hemingwayem

Każda historia kończy się tak samo. Śmierć, ta „stara dziwka”, jak nazywał ją Hemingway, jest nieuniknioną koleją rzeczy. Wiedziałam, że postanowił odebrać sobie życie. Że był to pistolet, naboje, strzał. A jednak przez te 800 stron odkrywania jego historii, odsuwałam od siebie tę myśl. Tym trudniej było mi przebrnąć przez ostatni rozdział. Całe szczęście, że był jeszcze epilog.

W szkole Hemingway wydawał mi się po prostu starym człowiekiem i nudnym twórcą. W końcu znajdował się w kanonie lektur. Gdy przeczytałam tekst „Stary człowiek i morze”, byłam poruszona głębią przekazu, ale ten autor szybko zniknął z mojego życia. Bardziej znałam jego legendę niż twórczość. Niewątpliwie był wielkim pisarzem, ale co tak naprawdę o nim wiedziałam?

Na ogół nie czytam biografii. Pierwszą i jedyną przed Hemingwayem była Marqueza. Pisana jak powieść, pełna pasji i przyjaźni. Cudowny portret, niemal poetycki. Biografia Hemingwaya trafiła do mnie przypadkiem, aczkolwiek sama ją wybrałam. Nie przeszkadzała mi objętość. Dźwigałam ją do autobusu i tramwaju, w czasie mojej godzinnej podróży do pracy. Ciężar nie miał znaczenia, bo historia mnie zafascynowała.

„Czyż jednak łowienie szczegółów w gąszczu możliwości nie było jego stałą metodą pracy?”

Jednym z ważniejszych atutów tej książki jest rzetelne przedstawienie historii Hemingwaya. Podziwiam autora za to, jak przebrnął przez liczne materiały, relacje rodziny, przyjaciół, wydawców. To musiał być ogromny stos informacji. Tym bardziej zadziwia, że biografię czyta się jak powieść. Jakby to był kolejny dzień z Hemingwayem. Towarzyszymy mu w czasie debiutów, wielkich sukcesów i porażek. Gdy pisze książkę, o której myśli, że jest najlepsza, a potem okazuje się, że oczekiwany sukces nie nadszedł.

„Nigdy nie atakuj takiego boksera, który ma więcej w mięśniach niż w głowie. Znieś wszystko, żeby tylko dostać się do środka. Rób uniki. Blokuj sierpowe. A na ciosy proste odpowiadaj wszystkim, co masz.”

W historii Hemingwaya zainteresowało mnie to jego niedopasowanie. Powinien urodzić się albo wcześniej, albo później. Jego życie, tak jak opisuje to narrator, w pewnym momencie przekroczyło punkt środkowy i mogło być tylko gorzej. Patrzyłam na jego kobiety, spośród których największe wrażenie zrobiła na mnie oczywiście Martha Gellhorn, widziałam jak upijał się whisky, wmawiając wszystkim, że pije tylko dwa kieliszki lekkiego wina do kolacji. Byłam przerażona małżeńskimi gierkami, jakie uprawiał z ostatnią żoną, Mary, jak ją poniżał w towarzystwie, męczył, dręczył i nienawidził. Kolejne romanse wywoływały już tylko znużenie, nie chciałam zapamiętać nawet tych imion.

W tym wszystkim był też pisarz, który nieustannie pracował nad swoim warsztatem. Pracował dużo, realizował swój plan i był nieugięty, gdy wydawca chciał ocenzurować jego teksty. Albo po swojemu, albo wcale. Szczególnie ciekawą osobą był mężczyzna z wydawnictwa Scribner’s, który stanowił niejako mediatora między wydawnictwem a Hemingwayem. Pisarz pracował, tworzył, przeżywał i w tym wszystkim był geniusz, któremu nie można zaprzeczyć.

Ostatni rozdział był dla mnie straszny. Wiedziałam, co się stanie. Gdy trafił do szpitala psychiatrycznego i aplikowano mu elektrowstrząsy, wiadome było, że ta „stara dziwka” nadchodzi.

„Wtedy lekarz w białym kitlu nacisnął guzik i prąd elektryczny wstrząsnął mózgiem Hemingwaya, wywołując napad padaczki, odpowiadający wstrząśnieniu mózgu. Jakiś czas potem Hemingway wybudził się ze stanu przypominającego śpiączkę, w ustach miał sucho, w głowie mętlik, nie był w stanie powiedzieć, gdzie jest i dlaczego.”

„Z impetem otworzył zamek swojej strzelby, wsunął dwa naboje i z trzaskiem go zamknął. Smak oliwy do broni i  prochu wypełnił mu usta, gdy zimna stal dotknęła twardego podniebienia.”

Simple Business by Nimbus Themes
Powered by WordPress